czwartek, 5 listopada 2015

Crimson Peak czyli Usherowie na poddaszu*

Notka zawiera tłuste i dorodne spojlery oraz, prawdopodobnie, nadmierne zachwyty nad strojami i urodą Jessiki Chastain.

Na Crimson Peak czekałam niecierpliwie od zobaczenia pierwszych zdjęć i zwiastunów, głównie z dwóch powodów. Pierwszym były piękne, dopracowane i akuratne historycznie stroje, drugim moja słabość do gotyckich opowieści. Czy się zawiodłam? Częściowo, bo choć załamała mnie miałka historia i źle skonstruowani bohaterowie, straty wynagrodziły mi inne elementy. Ale po kolei.
 Film opowiada o Edith Cushing, młodej pisarce z dobrego domu, która po rodzinnej tragedii wchodzi za mąż za tajemniczego Thomasa Sharpe'a. Do męża otrzymuje gratis nieco niepokojącą szwagierkę oraz równie niepokojące domostwo w stanie agonalnym. Jak to w gotyckim romansie powinno być, wszyscy (z domostwem włącznie) skrywają jakieś mroczne tajemnice, które dręczą, powodują tragedie, wychodzą na jaw, itp. Klasyka.
Niestety, to właśnie tępe jak szpadel** postaci i fabuła są największymi bolączkami tej produkcji.
Żeby było milej, bohaterowie są problemem w dwójnasób. Mimo znanych nazwisk w obsadzie, niektórzy aktorzy są źle dobrani, inni grają zwyczajnie słabo, w dodatku psychika postaci w większości jest płytka lub niespójna.
  Największym rozczarowaniem był Thomas Sharpe, grany przez Toma Hiddlestona. Nie tylko jego postać rozłazi się w szwach, ale też wyraźnie było widać, że aktor nie wiedział, jak tę rolę ugryźć. Wyszło więc bardzo słabo. Trudno jakoś logicznie umotywować jego wybory i zachowanie, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, jakie relacje łączyły go z siostrą ani jaki ma charakter.
Teraz sobie trochę poanalizuję, bo nie mogę się powstrzymać. Załóżmy (bo takie było zapewne zamierzenie reżysera), że to miłość do niewinnej Edith miała odmienić Thomasa. Niestety, to rozwiązanie zawodzi w przedbiegach. Bowiem nasza sztucznowłosa heroina była nie tylko nudna i niezbyt rozgarnięta, ale też zimna a wręcz zamrożona. Więcej czułości okazywała nieszczęsnemu pieskowi - przybłędzie niż mężowi a w scenach miłosnych można by podstawić pod nią drewnianą kukłę i nikt nie odczułby zmiany.  Jednym słowem nie zrobiła niczego, co mogłoby wydobyć z zepsutego Sharpe'a wrażliwość i ciepłe uczucia, przez co jego nagła zmiana i ostateczne poświęcenie nie mają najmniejszego sensu i choćby najlichszych podstaw. Tak więc psychopata nawrócony nie ma żadnych podstaw w tym, co widać na ekranie.
Druga opcja, jaka przychodzi na myśl, to wersja w której  Lucille jest w pełni odpowiedzialna za wszystkie zbrodnie. Niestety, jej też nijak przyjąć nie można. Brat w jej towarzystwie zachowywał się zupełnie swobodnie, nie wydawał się nawet w najlżejszym stopniu zaniepokojony jej zachowaniem (oczywiście dopóki reżyser nie nakazał mu nagłej zmiany frontu) ani też zastraszony.  Owszem, może nie błyszczy intelektem i akurat spokojnie można domniemywać, że jego siostra wymyślała ich plany. Jednak nie wydaje się ubezwłasnowolniony czy zanadto zdominowany, a ich życie wydaje się mu odpowiadać. Wracamy więc do punktu wyjścia i zostajemy więc przy kanonicznej wersji z Thomasem - psychopatą, której nie daje się obronić jeszcze z jeszcze jednego powodu.  Tym powodem jest sam Tom Hiddleston o łzawym, sarnim wejrzeniu i niezmiennie melancholijnej minie. On ani nie umie wyglądać jak psychopata, ani nie potrafi takiego grać, zresztą nawet nie próbuje, zadowalając się wyglądaniem jak kopnięty kotek. Przyznaję, ma to pewien urok, ale cóż z tego, skoro kłóci się z rolą? Przez to wszystko mamy sytuację, w której scenariusz mówi jedno, aktorzy grają drugie a mózg, który próbuje to jakoś złożyć w sensowną całość, kwiczy głośno a boleśnie***.


Oczy aksamitne, a łzawe, a mieniące się...


Dużo lepiej wypada Lucille, świetnie zagrana przez Jessikę Chastain. Tutaj, dzięki niech będą dowolnym bogom, zostaje zachowana spójność. Siostra Thomasa jest szalona, zaborcza, piękna i magnetyczna, to wystarczy, by nie można było oderwać od niej wzroku.
Tak, jest przerysowana (momentami brakowało mi wybuchu opętańczego śmiechu a kopanie szczeniaczków jest całkiem kanoniczne), brakuje jej głębi, ale mimo wszystko, szczególnie na tle innych bohaterów, wypada dobrze i w zasadzie jest jednym z jaśniejszych punktów produkcji. Aż szkoda, że film bardziej nie skoncentrował się na niej, zamiast wciąż śledzić biegającą ze świecznikiem Edith.


Matka Boska Crimsonpeakowska. Na to po lewej nie patrzcie, brzydkie jakieś.

Co ciekawe, to właśnie Lucille jest jedyną postacią, która generuje jakieś napięcie i przyciągnie między bohaterami. Jakimś cudem w krótkiej scenie z motylami było dużo więcej chemii niż w całym, pożal się boru, romansie Thomasa i Edith. Aż szkoda, że ten potencjał nie został wykorzystany i z Lucille nie zrobiono postaci w stylu Carmilli. Mogłoby wyjść coś dobrego, a na pewno ciekawszego niż stan obecny.


Najbardziej erotyczna scena w całym filmie

A skoro już przy Carmilli jesteśmy... Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ten film byłby o wiele lepszy, gdyby parę rodzeństwa zastąpić wampirami.  Wszystko jedno jakimi, byle by spełniały dwa podstawowe warunki - żłopały ludzką krew i nie zaliczały się rodzaju ludzkiego. Poważnie. Cała ta szopka z zabijaniem kolejnych żon nabrałaby więcej sensu a dziwne zachowania byłyby jakoś uzasadnione. Przy obecnym kształcie fabuły motywacje Sharpe'ów są zwyczajnie zbyt słabe a ryzyko, jakie podejmują, niewspółmierne do zysku.
Bohaterowie mieli naprawdę wielkie szczęście, że nikomu (oprócz myślącego przyjaciela heroiny) nie wydał się podejrzany trzykrotny wdowiec, którego matka zginęła w cokolwiek niejasnych okolicznościach.
Wampiry czy w ogóle pogłębienie wątku paranormalnego rozwiązałoby jeszcze jeden problem związany z fabułą - bolesne niezdecydowanie gatunkowe. Film sam nie wie, czy chce być gotyckim horrorem o nawiedzonym dworze czy psychologicznym dramatem o mrokach ludzkiej duszy.  Skutkiem tego nie jest niczym konkretnym - bohaterowie mają zbyt słabo nakreśloną psychikę jak na dramat a cztery duchy o krzywych mordach nie czynią z przedstawionej historii opowieści grozy.




- Jak to, nie jestem straszna?
- Nie, nie jesteś.

Największą porażkę zostawiłam na koniec, a porażce na imię Edith. O heroinie granej przez Mię Wasikowską zasadzie trudno powiedzieć cokolwiek ponad to, że jest nieciekawa, rozlazła i zwyczajnie zbyt głupia, żeby żyć, nawet jeśli mierzyć jej inteligencję w skali dla romantycznych bohaterek. Nawet na archetyp niewinnej dziewicy z gotyckiej powieści się nie nadawała, tak mało rozgarnięta i nudna była.
Choć scenariusz próbował jej nadać jakiś indywidualny rys, zupełnie poległ na tym polu. Na samym początku zostaje zaprezentowana jako pisarka, która stara się wydać swoje książki. Byłam przekonana, że zostanie to jakoś rozwinięte, ale nie. Wraz z przeprowadzką do Anglii znika wątek literackiej pasji i można się tylko zastanawiać, po co on w ogóle był.
Edith zagrana była średnio. W większości scen specjalnie nie raziła, ale gdy przychodziło do odgrywania zakochanej, ogarniała mnie czarna rozpacz, tak bardzo drętwa była i tak bardzo nie iskrzyło.
Co bym mogła jeszcze o niej napisać... Ach, wiem, miała chamsko sztuczne włosy, które po nocy wyglądały tak samo jak po rozczesaniu.



Prerafaelicki pudel z obowiązkowym wyposażeniem gotyckiej heroiny.

Crimson Peak było w zasadzie bardzo kameralne. Bohaterów, którzy by odgrywali ważniejsze role, było niewielu i  w większości również byli niesamowicie głupi. Wyjątkiem był przyjaciel Edith, Alan McMichael (Grany przez Charliego Hunnama, kimkolwiek on jest.), wykazujący się niezwykłą jak na te realia zdolnością myślenia i kojarzenia faktów. Aż dziwne, że przeżył.
Poważnie, nie wiem, co jest nie tak z innymi postaciami. Ojciec Edith skończył z wielką dziurą w głowie? Potknął się i uderzył o umywalkę, zdarza się. Po jego śmierci córka wyszła za spłukanego, trzykrotnego wdowca? A co w tym dziwnego? Bardzo chciałam znaleźć zdjęcie tej malowniczej dziury, ale niestety, nie ma. Na pocieszenie dam ociekającą zuem Lucille.



Naprawdę nie wiem, czemu one się nie poubierają.

O stronie wizualnej filmu nie mogę powiedzieć złego słowa. Zdjęcia są klimatyczne i dopracowane, bardziej nastrojowe niż fabuła, scenografia ładna i szczegółowa (Oprócz paru głupotek dla podniesienia poziomu zajebistości, o których niżej.) a stroje po prostu cudowne.
Kostiumy Edith były urocze  choć fatalnie dopasowane do karnacji aktorki, utrzymane w świetlistej, żółto - kremowej kolorystyce.



Moje ulubione fiołeczki.

Jednak największe wrażenie robiły stroje Lucille - bogate, ciemne, ozdobione koronkami i kwiatami.  Wyglądała w nich zjawiskowo, aż szkoda, że miała ich tak mało i przez parę scen nosiła tę samą suknię.
Zabójcza suknia z zabójczym trenem, widać, na co poszły pieniądze poprzednich żon.

Inni mieli poprawne, ładne ubrania, nie mam się czego przyczepić. 
Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to duchy nawiedzające dwór. Nie tego się spodziewałam po Del Toro. Upiory były krzywe, paskudne, plastikowe i sprawiały wrażenie wyciągniętych z przypadkowej gry o zombiakach. Wielki minus. W dodatku ich wygląda był mało spójny - niektóre wyglądały jak w chwili śmierci (Ewentualnie posypane kredą), inne natomiast od razu były w stanie rozkładu. Swoją drogą wszyscy w tym filmie umierali w bardzo głupi i niemalowniczy sposób, na przykład za przyczyną umywalki, szpadla czy nożyka do owoców.
 Dziwna jest jeszcze jedna kwestia - choć epoka w warstwie czysto wizualnej została oddana niezwykle, jak na kino rozrywkowe, wiernie, to reszta już niekoniecznie. Nie wiem, co myśleli sobie scenarzysta i reżyser, gdy tworzyli scenę z Lucille zasuwającą po dworzyszczu z kubłem węgla. Naprawdę nie wiem. Chyba ten absolutny brak służby był największą głupotą. Nie mam bladego pojęcia,w jaki sposób Lucille sama mogła układać sobie te skomplikowane fryzury czy wiązać gorsety, kto czyścił im ubrania i utrzymywał dwór w jako takim porządku.

Typowa suknia do noszenia węgla.

W podobnym miejscu na skali głupoty mieści się wygląd rozpadającego się dworu. Bowiem, wyobraźcie sobie, łaskawi czytelnicy, dom z dziurą w dachu na środku holu. I wyobraźcie sobie teraz, że ta dziura jest od kilku lat a dom jest nieogrzewany. Jak będzie wyglądała drewniana podłoga? Jak będą wyglądały drewniane schody? O wygląd tapicerowanych mebli nawet nie pytam, bo one nie będą w ogóle wyglądały. Dodam, że po tym domu wszystkie panie latają w negliżu, nie bacząc na niesprzyjające warunki atmosferyczne.


Chciałabym napisać coś jeszcze o fabule, ale tak naprawdę niewiele się da. Była prosta jak konstrukcja cepa, niespójna i mało ciekawa. Najgorszy był chyba finał, po paru minutach obserwowania, jak bohaterowie latają po dworzyszczu z tasakami i innymi narzędziami zagłady nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.

Wątek kazirodztwa dało się przewidzieć dość wcześnie i sam w sobie był do bólu wręcz wtórny, opakowany obowiązkową przemocą i patologią w dzieciństwie, zabójstwem osoby, która się dowiedziała, zmutowanymi dzieciakami i ogólnym zuem. W dodatku żaden z tych wątków nie został lepiej rozwinięty.

Jeśli chodzi o aluzje literackie, wyraźne było nawiązanie do Zagłady domu Usherów. I to na tyle, że byłam niemal pewna, że w ostatniej scenie zrujnowanie dworzyszcze pęknie na pół i zapadnie się w czerwoną glinę.  Poczułam się prawie rozczarowana, że tak się nie stało, bo po rozlazłej sekwencji finałowej brakowało jakiegoś mocniejszego akcentu na koniec.
Oprócz tego powracający motyw robactwa  ciem, motyli, mrówek oraz kazirodztwa, kojarzył mi się z Morpho eugenia ze zbioru Anioły i owady, ale jest to prawdopodobnie związane z moim zapuszczaniem się w dziwne zakątki literatury a nie z realną inspiracją.

Czy warto? Moim zdaniem tak. Mimo wad to całkiem przyjemna rozrywka, szczególnie jeśli nie ma się skłonności do rozkładania fabuły i psychiki bohaterów na części pierwsze. Warto też nawet dla samych pięknych i szczegółowych strojów, dokładnie takich, jakie obiecywał trailer oraz przyjemnych dla oka bohaterów.

Dziękuję Ore za głupawkę podczas seansu i wyguglanie zabójczej kiecy



*Kto wie, ten wie, kto nie wie, oby się nie dowiedział.
**Szpadle (sztuka jedna a mordercza), tasaki (sztuka również jedna i równie mordercza) oraz noże kuchenne (sztuk wiele) również występowały w tym filmie i zaliczały się do tej mądrzejszej części bohaterów.
***Właśnie się dowiedziałam, że rola Thomasa Sharpe'a była proponowana Cumberbatchowi. Jednak mogło być gorzej i boleśniej.

1 komentarz:

  1. O rany! To chyba najlepszy post o Crimson Peak jaki czytałam. Ten film zadał mi dużo bólu i nie sądzę, żebym go kiedykolwiek zapomniała.

    OdpowiedzUsuń